Cornelius Ryan, tego autora zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą. Dla miłośników historii II Wojny Światowej jest on autorem powieści niemalże sztandarowych, jego książki są bez wątpienia podstawą do zdobywania dalszej wiedzy z tego zakresu. „Najdłuższy dzień” jest książką idealną do rozpoczęcia przygody z II WŚ. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze książka jest dość krótka, napisana w sposób bardzo interesujący, i co najważniejsze opisuje jeden z najpopularnieszych epizodów II WŚ, D-Day, 6 czerwca 1944 roku, lądowanie aliantów w Normandii.
Dnia 6 czerwca 1944 roku w Normandii alianci rozpoczęli jedną z najważniejszych operacji II Wojny Światowej. Do tego największego w dziejach desantu z morza i z powietrza przygotowywano się 6 miesięcy. Miała ona zmienić losy świata całkowicie, miała zepchnąć Niemców do obrony, miała być początkiem końca tego największego konfliktu zbrojnego w historii. Wzięło w niej udział ponad 200 tys. ludzi: Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy i Francuzi. I to właśnie o nich pisze w swojej pierwszej książce Cornelius Ryan.
Podobnie jak jego dwa następne dzieła, nie jest to książka typowo naukowa. Jest ona raczej quasi-dokumentalną powieścią o lądowaniu aliantów w Normandii. Autor opisuje w niej przebieg walk zarówno na każdej z pięciu plaż (Omaha, Utah, Juno, Gold i Sword) jak i w głębi lądu. Można się co prawda przyczepić do dość pobieżnego zrelacjonowania całości działań, ale z drugiej strony nie jest to przecież książka stricte-naukowa. Dominują tutaj liczne wspomnienia ludzi, którzy brali udział (na najprzeróżniejsze sposoby) udział w D-Day. Od szeregowych żołnierzy , przez cywili aż po najwyższe dowództwo (Eisenhower, Montgomery, von Rundstedt, Rommel i wielu innych). Jednak Ryan nie ogranicza się tylko do tego. Przedstawia czytelnikom także bardzo przejrzysty zarys całej operacji, od działań spadochroniarzy (operacje Chicago, Detroit, Tonga i Elmira) i cywili, poprzez lądowanie na plażach (operacja Neptun) a na reakcji Niemców kończąc.
Książka jest napisana tak, jak można by się tego spodziewać po Ryanie. Autor nie szczędzi nam nadzwyczaj barwnych opisów, tak charakterystycznych dla jego stylu. Czasem można się poczuć tak, jak byśmy mieli w ręku powieść akcji z górnej półki, coś na kształt Ludluma czy też MacLeane. Czyta się z zapartym tchem, mimo, że każdy przecież doskonale wie, jakie będzie zakończenie. Dla mnie jednak najważniejsze nie były same opisy działań, ale przeżycia poszczególnych żołnierzy. Niby niewiele wiemy na ich temat, ale mimo to czujemy do nich jakąś nie spotykaną sympatię. Nie są oni niesamowitymi bohaterami, którzy sami wygrywają bitwy, ale ludźmi z krwi i kości, którzy boją się, którzy nie chcą umierać w imię wzniosłych haseł. A jednocześnie dokonują niesamowitych czynów, ale nie jako jednostki, tylko jako grupa. I to jest chyba najwspanialsze w całej tej książce, że możemy poznać losy choć kilku, z tych setek bohaterów. Po przeczytaniu tej książki nazwiska takie jak Arthur B. „Dutch” Schultz czy też Ben Vandervoot, wpisują się w naszą pamięć czy chcemy tego czy nie, mimo, że z pozoru niewiele znaczą dla całej historii.
„Najdłuższy dzień” mimo, że jest na rynku już od 50 lat, to nadal jest jedną z najpopularniejszych książek na temat D-Day, a może i całej II WŚ, kto to wie tak naprawdę. Zawdzięcza to wspaniałemu stylowi Ryana, który potrafił zaciekawić II Wojną Światową tak, jak mało który autor książek historycznych. Jedyne co można mu wytknąć jeśli chodzi o tą konkretną książkę, jest to, iż jest za krótka. Te 230 stron nie wystarczą aby omówić ten temat wyczerpująco.
Mimo to, polecam naprawdę gorąco, bo mało jest na rynku książek tak wciągających, a zarazem tak wartościowych.